Ryba-kość

•15 listopad, 2009 • Dodaj komentarz

Dżes. Jeżeli chcesz uchodzić za osobę inteligentną, posiadającą dobry gust, zmysł elegancji i “własny” styl to musisz iść na dżes. Idziesz więc na Jazz w lesie – jedną z najlepszych imprez jazzowych w Polsce, odbywającą się gdzieś w kaszubskich lasach. Niezależnie od tego, czy masz własną firmę czy zapierdalasz, liczy się to, że stać Cię na robienie wizerunku no i jest dżes. Czujesz się jak u siebie, bo jest tam mnóstwo podobnych Tobie ludzi, jesteś wśród swoich. Muzycy też są wśród swoich. Organizator, znany (i świetny), jazzowy pałkarz zawsze zaprosi swojego przyjaciela – gitarzystę, fenomenalny klawiszowiec z organami Hammonda też tam będzie. Nie ma się czego bać – będą tam na sto procent bo tutaj Śmietana ma zawsze 100%… ta muzyczna, no i oczywiście śmietanka biznesu też będzie. Muzycy zaproszą też jakiegoś wyjątkowego gościa z ich pokolenia, uznanego przez PSJ za wirtuoza… ale to już niespodzianka.
Inna sprawa, że za lasem jest Gdańsk. A co w Gdańsku? Nic. Nic, tylko młode, nu-jazzowe kapele. Mało znane ale czasami też bardzo znane – jak np Pink Freud. Freudów, Ścianki, Tymańskiego, Kobiet nie usłyszysz w lesie, bo to nie jest elitarny dżes. Jeżeli zależy Ci na elegancji to włączasz Johna Coltrane’a i świadczy to o tym, że masz zdrowy łeb. Słuchasz więc koltrejna, nawet jeżeli nie bardzo to do Ciebie przemawia. No czasami Roxy Mjuzik, też fajnie albo Diodowy sterowiec z dżimim stroną i schody do nieba, bo udowodniono, że ta solówa jest najlepsza.

Prawda jest taka, że aby być kimś musisz odrzucić własną osobowość, trzeba przyjąć pewien styl i choćby krawat był nie wiadomo jak ciasny – i tak go nosić, choćby Wojtek K. zagrał nie wiadomo jak porywający numer i tak musisz siedzieć sztywno, bo jednak chcesz być elitą.

Error. Perkusista chyba o nas zapomniał. W sumie to nie pamiętam kiedy go ostatnio widziałem. Bez niego ustaliliśmy mniej więcej jak ma wyglądać demo, zdobyliśmy pianina, fortepiany, instrumenty smyczkowe i powoli przygotowujemy się do pracy w studio. Bo niby można opracować dodatkowe partie, ale to nie takie proste. Jak już pałkarz raczy się pojawić to obecność perkusji może wymusić pewne zmiany. A my na dobrą sprawę nawet nie wiemy czy on żyje. Teraz zamiast pracować siedzimy i się wkurzamy, bo nie wiemy co zrobić. Przyjęcie nowego pałkarza oznacza stratę czasu na na przerabianie znanych nam już dobrze setów koncertowych, trzeba się będzie od nowa zgrywać i w ogóle. Pozostawienie dotychczasowego pałkarza oznacza ryzyko powtarzania się takich przestojów. Na ostatniej próbie graliśmy z obcym perkusistą, ale facet grał zupełnie coś innego niż powinien. Wkurza mnie to bo jest masa zespołów mających dobre pomysły, które nie mają możliwości by coś nagrać albo pograć w fajnych miejscach… my niby mamy takie możliwości ale jak to zrobić gdy jedno z nas ma kompletnie w dupie całą sprawę?

Gdyby Creamer był bardziej normalnym zespołem to nie miałbym tylu problemów, albo przynajmniej nie przejmowałbym się nimi do tego stopnia.

Nie dość tego, to jeszcze ktoś mi książkę Poe zawinął. Jak już udało się oderwać od filozofii to “g” z czytania wyszło. Szit.

Specyfika

•21 październik, 2009 • Dodaj komentarz

Nie wiem czy jest sens dalszego pisania bloga. Wystrzelałem się, nie mam już ciekawych przemyśleń, nawet sam siebie nudzę. Byłem zbyt niedojrzały albo zły, możliwe że zbyt słaby. Ostatni raz czułem się tak kilka lat temu. Pamiętam dokładnie dzień ale nie jestem w stanie dokładniej oszacować odstępu czasowego.

Nigdy nie wspominałem o chorobie, z którą toczę walkę o przysłowiową pietruszkę od prawie roku. Kiedy dowiedziałem się, że jestem chory wszelkie stare problemy  zaczęły pojawiać się na nowo. Jakieś pół roku temu (strzelam, znowu mimo, że pamiętam moment nie umiem stwierdzić ile czasu minęło) cholernie się pogubiłem. Straciłem wyczucie tego komu mogę ufać a komu nie.

Nie biorę narkotyków a mimo to od pół roku, bez przerwy, czuje się jakbym był na lekkim spidzie. Ręce mi drżą, serce bije szybciej, nie mogę skupić myśli. Zrobiłem się agresywny. Szybko sie obrażałem i zbyt ostro reagowałem, raniąc ludzi w ten sposób. Czuje się też skrzywdzony. Być może, gdybym nie musiał mimowolnie uczestniczyć w wyścigu o to kto jest lepszy pod każdym względem, nie czułbym się tak źle. Czuję się mordercą, złym człowiekiem, który swoją agresją niszczy innych ludzi. Wszystko dlatego, że najpierw zniszczono moją osobowość. Byłem pudełkiem na człowieka, niestety pustym. Byłem tylko przedmiotem, który mimowolnie wyrządza więcej szkód niż pożytku.

Rozpocząłem studia filozoficzne po to by zrozumieć ludzi, by móc się do nich zdystansować.  Zacząłem wsłuchiwać się w jazz bo nie znałem zbyt wielu osób zainteresowanych tą muzyką. Wiele innych rzeczy robiłem po to by stworzyć własną przestrzeń w materii, której większość ludzi nie rozumie. Chodziło tylko o to by nie ranić ludzi i nie cierpieć przez nich. Efekty były dobre, zgodne z zamierzonymi ale nie trwały długo. Zrozumiałem, że abym czuł się bezpiecznie muszę w ogóle zacząć życie od nowa. To jednak nie jest takie łatwe. Nie wystarczy  zmiana numeru komórki, nowe miasto, nowa praca bo jako nowy człowiek będe może bezpieczniejszy ale też uboższy o to co już w życiu zrobiłem i co kocham (a musiałbym to wszystko porzucić).

Moje otoczenie jest dosyć specyficzne (w negatywnym znaczeniu tego słowa). Nie wiem co mam z tym zrobić ale coś zrobić muszę. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że w tych wszystkich niezbyt przyjemnych chwilach nie oceniałem sytuacji trzeźwo. Mogę za to usprawiedliwić ogół czynników, które tak mnie zmieniły – głupota rządzi się swoimi prawami i ludzie jej nie kontrolują, dlatego nie mam żalu.

Chciałbym wszystkich przeprosić. Jeżeli sam jestem sobie winien i odpowiadam za właśnie błędy to musiałem być skurwysyńsko głupi i egocentryczny.

Chciałbym też podziękować. Nielicznym przyjaciołom, którzy ratowali resztki mnie. Jestem Wam na prawdę bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że Bóg istnieje i jakoś Wam tę dobroć wynagrodzi.

Proszę o niekomentowanie.

Fryderyk Franciszek

•17 październik, 2009 • 1 komentarz

W 1836 zaczęła się ciężka choroba, która miała powoli zabijać kompozytora jeszcze przez kilkanaście lat. Prawdopodobnie w tym samym czasie rozpadł się związek Chopina z Marią. Niedługo, w 1837 poznał starszą od siebie pisarkę George Sand, kobietę o silnym charakterze. Zimę 1938 roku kochankowie spędzili w klasztorze kartuzów, w Valldemossa, na Majorce. Z powodu wyjątkowo niekorzystnego, jak na Majorkę, klimatu w 39 Chopin i Sand wrócili do Francji. Choroba wyniszczała organizm kompozytora a miłość do George stawała się coraz trudniejsza. W 1844 umiera ojciec kompozytora. Pojawia się konflikt między George Sand a jej córką. Chopin stawał po stronie Solange, narastające konflikty miały stanowić ostateczny kres trudnej miłości George i Fryderyka.

Ostatnie miesiące życia to okres intensywnej pracy artystycznej kompozytora. Mimo uwielbienia i powiększającego się ciągle grona “przyjaciół”, artystów romantyzmu – cierpienia stają się coraz dotkliwsze. Samotny Fryderyk powoli umiera na oczach świata.

W czerwcu 1849 roku do Paryża przybywa Ludwika Jędrzejewicz – starsza siostra Fryderyka, która opiekuje się nim do końca. 17 października 1849 roku, około godziny drugiej nad ranem zmarł Fryderyk Chopin.

Ani słowa o jego muzyce, bo o niej opowiadać się nie da. Proponuję coś, czego w radio nie usłyszycie…

Impresja na temat etiudy A-moll, opus 25, nr. 4, wykonana przez Leszka Możdżera.

Pada śnieg w Palestynie

•13 październik, 2009 • 2 komentarzy

Mam coraz mniej wolnego czasu. Więcej miejsca w moim życiu zajmuje muzyka a mniej wszystko inne. Creamer niedługo będzie nagrywał kolejne demo, nowy materiał będzie dużo dojrzalszy. Nie wspominałem im jeszcze o tym ale chciałbym by nowe demo było ostatnim, nagrywanym w obcym studio. Tym razem planujemy rozwiązać sprawę produkcji w ten sposób, że większość materiału zrealizuje pewien trójmiejski producent a dosyć długi i rozbudowany utwór pt “Gdańsk o 4-tej nad ranem” zrealizujemy sami, w “moim” studio. Wszelkie następne produkcje powinny powstawać w studio Creamera (aktualnie nad nim pracuję), przy współudziale zaprzyjaźnionych producentów. Właściwie to już od kilku lat własne studio jest moim życiowym celem. Niestety jest to kosmiczny wydatek a jakoś rozeszły mi się drogi z ludźmi, którzy chcieliby uczestniczyć w tej idei.

Tydzień temu zagraliśmy koncert w Sierakowicach, 20 km od Kartuz. Zapowiadało się ciężko. Okazało się, że organizator nie ma kolumn odsłuchowych. Ich brak był wyjątkowo dotkliwy bo nagłośnienie było tak rozmieszczone, że Patrycja nie słyszała siebie. Dodatkowo kolumny nie nadające się do zastosować koncertowych pierdziały i trzeba było nieco schować wokal. Niby dopasowaliśmy jakoś do tego gitarę i bas ale jak to usłyszałem to myślałem, że wyjdę z siebie. Koniec końców jakoś opanowaliśmy ten burdel i jak dotąd był to nasz najlepszy koncert. Bawiliśmy sie świetnie a co najważniejsze – publiczność też.

cr2

Jak co roku, nasza paranormalna pogodynka – Patrycja, bardzo precyzyjnie przewidziała pierwsze opady śniegu. Dzisiaj rano otwieram oko i… pada śnieg…


(Made in Poland – Pada śnieg)
Ten utwór daaawno temu wyemitowała Trójka. Szukałem go bezskutecznie, do wczoraj :)

(-p)

Nie…

•18 wrzesień, 2009 • Dodaj komentarz

Często piszę, że moją życiową pasją jest muzyka, że uwielbiam ją i staram się poznawać każdą możliwość współistnienia z muzyką. Nie oznacza to przecież, że jestem muzykiem. Na swoje nieszczęście napisałem też (na tym blogu), że zajmuje się filozofią.

Moi drodzy, kochani moi…

1. Interesuję się filozofią.
2. Studiuję filozofię.
3. Nie jestem i nigdy nie będę filozofem.

Czasami sobie żartuję mówiąc, że jestem filozofem ale takie stwierdzenie jest tylko i wyłącznie żartem. Bardzo jest mi milo, kiedy moi najbliżsi jakoś mimochodem, gdzieś między wierszami chlapną, że jestem filozofem. Tego jednak nie trzeba brać dosłownie.

Każdy może zapisać się na studia. Oczywiście wymaga to pewnego wysiłku, trzeba zdać maturę, ruszyć cztery litery i zanieść dokumenty na uczelnię. Aby jednak te studia ukończyć to już trzeba się bardziej wysilić. Konieczne jest przynajmniej minimum myślenia i odrobina samozaparcia (a wstawaj rano i bujaj się na wykłady i jeszcze przyswajaj to co mówią). Jeżeli już człowiek ma tytuł magistra i nadal chce siedzieć w filozofii to musi być inteligentny i pracowity – wtedy można zostać badaczem filozofii.

Grono magistrów, doktorów, profesorów to badacze filozofii. Moim zdaniem zdobycie tytułu profesorskiego to pewien wyczyn. Podziwiam ludzi, którym to się udało. Nawet jeżeli już ktoś zaszedł tak daleko to… niestety, filozofem jeszcze nie jest i prawdopodobnie droga jest jeszcze daleka.

Filozofów, moi drodzy, jest coraz mniej. W starożytności było ich sporo. Działało wielu ludzi, którzy tworzyli własną teorię bytu, formułowali zasady epistemologii, to wszystko potrafili logicznie udowodnić i starczało im jeszcze czasu np. na opisywanie etyki. Wieki mijały a ludzi o takich możliwościach było coraz mniej.

Obecnie filozof musi znać doskonale filozofię, psychologię, astrofizykę i pewnie jeszcze kilka nauk, musi być człowiekiem bogatym, musi mieć czas i wolną głowę, by z solidnej wiedzy stworzyć wyjaśnienia, których nie da się obalić. Zrobienie tego dobrze wymaga całego wachlarza tytułów naukowych (może nie koniecznie, ale na pewno wiedzy odpowiadającej takim tytułom).

Nie cierpię na nadmiar intelektu ale rozumu starcza mi chyba na tyle by pojmować istniejące teorie filozoficzne, być może nauczę się oswajać nowe. Jeżeli wszystko dobrze się ułoży i jeżeli mnie to nie znudzi to być może będę mógł badać filozofię, wyrabiać sobie zdanie na temat osiągnięć prawdziwych filozofów.

Muzyka to też matematyka. Ćwierćnuty, ósemki, szesnastki… aż do nieskończoności. Są dwie nieskończoności w myśleniu o rytmie. Dzielić jak najszybciej i dzielić jak najwolniej. Im się jest starszym, tym się gra mniej dźwięków w czasie.
(Leszek Możdżer)

Kiedy nutę podzielisz przez dwa otrzymasz dwie półnuty, każdą z nich możesz znowu podzielić na dwie części, aby otrzymać ćwierćnuty (po dwie z każdej połówki). Ćwierćnuta składa się z dwu ósemek, te zaś z szesnastek… itd. Dzielimy przez dwa, jak w algebrze Boole’a.

Podzielone dźwięki mogą łączyć się ze sobą na zasadach określanych przez ich wartościowości. Jakby się człowiek mocno uparł to partyturę można opisywać kwantyfikatorami a oczywistym jest, że proces komponowania jest logiczny.

Jest jeszcze jeden aspekt, w którym muzyka jest podobna do filozofii. Nawet jeżeli po sto razy przesłucham wszystkie utwory muzyczne na świecie to i tak nie będzie to znaczyło, że jestem muzykiem. Tak jak filozof zamiast wyłącznie czytać cudze prace powinien tworzyć własną myśl tak muzyk od melomana różni się tym, że coś swojego wnosi do świata dźwięków.

Trochę chyba jestem muzykiem, ale nie do końca. Gram z Patrycją i Michałem, dorzucam swoje wizje do kompozycji i aranżacji, robimy próby, gramy koncerty, nagrywamy w studio. To samo robię sam. Nie gram koncertów ale za to układam całość mojej muzyki. Są to jakieś przesłanki przemawiające za tym, że jestem muzykiem. Jednak z czysto praktycznego punktu widzenia to muzykami są np. Leszek Możdżer, Keith Jarrett, Maciek Cieślak czy Wojtek Mazolewski, ja sobie tylko brzdąkam, za to bardzo lubię zajebista muzykę. Tak jak jest, jest bardzo dobrze.

Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić kim jest filozof. Nie, żebym jakoś walczył z nadużywaniem słów na f ale jestem prostym studenciną, dopiero poznaję filozofię i gdybym teraz miał odpowiadać na pytania filozoficzne to kilka osób rwałoby boki ze śmiechu. Czasem i mnie zdarza się załamywać ręce jak czytam niektóre kretyńskie teorie, zwłaszcza wyprodukowane przez dziennikarzy.

Zimno

•17 wrzesień, 2009 • Dodaj komentarz

Jest mi zimno, czuję już jesień. Musiałem zawinąć się w koc i zrobić sobie herbatę. W sumie nie lubię jesieni i zimy. Jednak może będzie mi łatwiej przeżyć ten czas. Creamer miał ostatnio spore problemy finansowe, ale zdaje się, że już z nich wychodzimy. Zimą nagramy nowe demo, inne niż wszystkie poprzednie. Kiedy kończyliśmy ostatnia sesję nagraniowa postanowiliśmy, że następne nagrania powstaną w tym samym studio, z pomocą tego samego realizatora.

Ostatnie nagrywanie było wspaniałą sprawą. Mieliśmy niesamowitą frajdę bo wzięliśmy urlopy, pojechaliśmy do Warszawy, spędziliśmy dwie noce w hotelu, nagrywaliśmy, dostaliśmy ciekawą lekcję. Teraz nie mamy ani czasu ani pieniędzy, więc nigdzie nie jedziemy. Planujemy nagrać kilka numerów w Biodro Records, w Gdyni i dodatkowo poświęcić trochę czasu na zrobienie długiego, instrumentalnego kawałka, w moim studio, także w Gdyni.

Nie mogę się doczekać. Po pierwsze – nie widziałem jeszcze studia Biodro Records, po drugie – nagrywanie i miksowanie piosenek własnego zespołu na pewno będzie bardzo ciekawe (o ile się przy tym nie pozabijamy).

Jutro kończy się 34-ty Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który trwał od poniedziałku. Niestety nie miałem możliwości zahaczenia o tę imprezę, ale symbolicznie nadrobię to jutro.

Kaszub

•6 wrzesień, 2009 • Dodaj komentarz

Jeżeli Polak przebywający w Wielkiej Brytanii spotka tam kogoś, z kim nie da się rozmawiać po Polsku to znaczy, że spotkał Kaszuba. Nie wiem czy faktycznie moi rodacy (Polacy) stanowią już tak liczną grupę na wyspach, ale wiem na pewno, że z Kaszubami ciężko się dogadać. Dla mnie od zawsze jest to nie lada problem. Jestem Polakiem mieszkającym wśród Kaszubów. Ta pomorska grupa etniczna jest niezwykle hermetyczna, na ogół darzą oni Polaków specyficznym uczuciem, bynajmniej nie pozytywnym. Sąsiedzi Kaszubów – Kociewiacy i mieszkańcy Warmii raczej znają ten problem.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z mieszkanką Kociewia. Pani ta z góry założyła, że skoro przyjechałem z Kartuz to jestem Kaszubem a co za tym idzie rozmowa ze mną jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Musiałem się bronić, szybko wyprostować całośc tłumacząc, że pochodzę z Podlasia a na Kaszubach tylko mieszkam. Kociewianka przytoczyła taki przykład: jeżeli w szerszym gronie ludzi spotka się dwóch Kaszubów to natychmiast izolują się oni od reszty rozmawiając ze sobą po Kaszubsku (Kaszubski to język bardzo różniący się od Polskiego).

Kaszubska izolacja i smęcenie powodują, że Polacy starają się ich omijać. Z resztą podczas ostatniego spisu ludności ujawniły się skrajne emocje. Wielu Kaszubów wypowiadało się z nienawiścią o Polsce i Polakach.

Przez kilka ładnych lat byłem dziennikarzem, pracowałem dla kilku gazet ukazujących się na terenie Pomorza. Zdarzało mi się poruszać bolesny temat animozji polsko-kaszubskich. Miałem wtedy nadzieję, że Polak (jak np. ja) może zrozumieć i pokochać kulturę kaszubską. Wierzyłem, że da się pogodzić bycie “Kaszebą” z Polskością. Niestety, jest to niemal niemożliwe. Z wielu przyczyn. Najbardziej przyziemną jest to, że kaszubi nie chcą lub nie potrafią swej kaszubskości rozwijać. Jeżeli ukazują się książki w języku kaszubskim to są to najczęściej nudne monografie a nie literatura, która mogłaby trafić do młodego pokolenia. W prawdzie można by stworzyć bardzo ciekawe dzieło (książkę, film) na temat życia i działalności Antoniego Abrahama ale nikt na to nie wpadł. Nowoczesna muzyka po kaszubsku niby istnieje ale jest mierna bo nie ma pieniędzy na rozwijanie kultury. Cała kaszubska sztuka to wyłącznie typowa twórczość ludowa.

Ja też musiałem walczyć z niechęcią Kaszubów. Uczyłem się ich języka. Bez tego byłbym znienawidzony. Z perspektywy czasu stwierdzam, że coś we mnie umarło kiedy przyjechałem na Kaszuby. Straciłem całe dzieciństwo – przyjaciół, wspomnienia z tamtych czasów stały się niezwykle odległe. Chyba nic nie zyskałem, bo cóż można zyskać w otoczeniu ksenofobicznym. Odżywam duchowo gdy opuszczam ten region. Graniczne zmęczenie Kaszubami było jednym z czynników, które sprawiły, że pokochałem Elbląg – jakże piękny i jakże… normalny.

Z czasem nauczyłem się dystansować do Kaszubów, traktować ich z góry (niestety). Trzeba się ich bać ale trzeba też szanować – przeciwnika zawsze trzeba szanować.

Oczywiście nie wszystko co zawiera elementy kaszubskie jest złe. Na przykład trójmiejski zespół Kobiety nagrał kiedyś świetny kawałek.

Milusiński kamień na USB

•3 wrzesień, 2009 • 1 komentarz

Pet_rock-rodzinkaCzy wiecie co to jest pet rock? Ja się dzisiaj dowiedziałem. Niejaki Gary Dahl, w latach 70-tych zarobił na tym miliony. Idea była prosta – domowy pupil, który nie sprawia problemów. Fajnie by było mieć zwierzątko, które jest ciche, nie trzeba go karmić, wyprowadzać na spacery itd. Na początku Dahl sprzedawał jako “pet rock” zwykłe szare kamienie. Z czasem doklejono im oczka, sprzedawano je w pudełeczkach wyposażonych w dziurki, żeby się pupil nie udusił. W 1975 Dahl miał firmę produkującą rock pets a stany zjednoczone opanowała mania.

Zestaw ;)
Pet rock w pudełku z sienkiem i instrukcją ;)

Nastała era informatyzacji. W sklepach ze śmiesznymi gadżetami można kupić zabawkowego chomika, który po podłączeniu do portu usb biega po swojej obręczy z prędkością wprost proporcjonalną do szybkości pisania na klawiaturze, czy plastikową panią, razem z rurą. Po podłączeniu do komputera ta pani… świeci.

Stworzono więc także i pet rock na usb.

pet_rock_usb
Są cztery niekwestionowane zalety tego wynalazku:
- Można podłączyć zarówno do Mac jak i PC
- Jest kompatybilny ze wszystkimi systemami operacyjnymi
- Działa identycznie jak wersja oryginalna ;)

Rocznica

•1 wrzesień, 2009 • Dodaj komentarz

Jest taka piosenka, która idealnie pasuje do dzisiejszego dnia. Słowa i muzykę stworzył świetny poeta i wspaniały muzyk – ś.p. Grzegorz Ciechowski. W zasadzie te słowa oddają moje uczucia. Uważam, że nikt nie powinien tego utworu dotykać. Tym razem jednak posłuchajmy wersji zagranej przez kogoś innego.

Choć dziś już wiemy, że to nie w Gdańsku zaczęła się wojna to jednak Westerplatte pozostaje symbolem. Mimo wszelkich kontrowersji (wokół majora Sucharskiego) – to nadal symbol. W Gdańsku znajduje się jeszcze jeden wielki symbol wolności – stocznia.

Gdańsk był areną tragicznych wydarzeń kampanii wrześniowej, przewrotu solidarnościowego a od listopada 1994 roku stocznia jest wyjątkowym miejscem dla tych właśnie muzyków… Dlatego ciesze się, że znalazłem właśnie ich wersję, niedoskonałą ale ważną ze względu na osoby i miejsce:

Stocznia Gdańska, Golden Life – Nie pytaj o Polskę

Ontologiczna wiewióra 2

•31 sierpień, 2009 • Dodaj komentarz

2. Ontologia rekurencyjna (pomysł): Byt jest

Nie chałbym się tutaj wgłębiać w jakikolwiek starożytny system filozoficzny. Byłoby to ciekawe ale jedynie w sensie historycznym. Chciałbym tylko przytoczyć sławną wypowiedź Parmenidesa – Byt jest a niebytu nie ma. Spostrzeżenie to odnosi się dosłownie do wszystkiego, między innymi dlatego jest takie ciekawe. Nie chcę nawet pisać o filozofii, raczej zamierzam wydłubać dosyć oczywisty opis relacji międzyludzkich i uczuć. Niechcący (jaaasne, że z premedytacją), u Ewelinki, napomknąłem o tym, że światem jako całością – jego istnieniem rządzi pewien system (schemat, zasada…), ów system znajduje odzwierciedlenie w mniejszych bytach – w istocie ludzkiej, w organizmach żywych w ogóle, nawet w zjawiskach niematerialnych.

Już teraz mówię, że to spostrzeżenie może mieć pewne luki (ale tylko pozornie). Właściwie mamy do czynienia z teorią prostą i dosyć oczywistą. Dlatego nie traktujmy tego jak pracę filozoficzną, raczej jako prosty przykład zagadnień związanych z ontologią i metafizyką.

Post Ewel dotyczył macierzyństwa, rodziny, dorosłości, czegoś tak pięknego jak potomstwo. Ja zaś ostatnio zauważyłem, że miłość, lub fascynacja drugą osobą troszeczkę zmienia myślenie człowieka. Tzn z obserwacji moich bliskich, przyjaciół, także siebie samego wywnioskowałem, że kiedy będąc pod czyimś urokiem doświadczamy sytuacji ekstremalnych – często oczekujemy rzeczy nielogicznych,  na dłuższa metę wręcz złych. Oczekujemy, że byt niezależny zmieni swoją strukturę i właściwości w sposób nienaturalny (chcemy szybko przeskoczyć naturalny schemat rozwoju).

Relacja międzyludzka to takie ciekawe coś, co pojawia się samoistnie i większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak szybko pojawiają się najprostsze relacje. Wystarczy do tego jeden człowiek, świadom swego istnienia. Aby dłużej nie męczyć – lecę z przykładem…

Człowiek… jest. Siedzi w swoim małym mieszkaniu, jest sam. Ma świadomość własnego istnienia (upraszczam sytuację, zakładam, że nie rozważa niektórych zagadnień filozoficznych). Wie, że jest, wie kim jest, zna swoje cechy. Sprecyzujmy – jest młodym przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Wyspał się, zjadł śniadanie, ma wolny dzień, więc poczytał książkę, teraz mu się nudzi. Nazwijmy go: X.

X… jest. Wyszedł na spacer do parku, usiadł na ławce, obserwuje otoczenie. Jest wczesny poranek, mgła (doooobra no, może w nocy jadł śniadanie). Widzi postać we mgle, zaledwie zarys. Wie, że to inny człowiek. Człowieka we mgle nazwijmy Y. Y też zbiera doświadczenia. Widzi coś na ławce, nie widzi przez mgłę ale nauczony życiowym doświadczeniem zdaje sobie sprawę, że na ławce siedzi człowiek. X i Y mają pewność. zachodzi już bardziej skomplikowana relacja: Dwa byty będace ludźmi są świadome własnego istnienia w danym czasie i miejscu, zdają sobie też sprawę z istnienia innego bytu, który już w pewien sposób interpretują – inny byt jest człowiekiem.

X i Y… są. Zbliżają się do siebie a mgła przestaje być problemem. Oboje otrzymują masę informacji.
X: Y jest kobietą, ładną.
Y: X jest facetem, przystojnym.
Być może któreś się uśmiecha a druga osoba uznaje to za dowód na to, że ktoś jest sympatyczny. Świadomość współistnienia w znacznym stopniu się rozwinęła. Może nie teraz tylko za jakiś czas (na potrzeby przykładu zakładam, ze kiedyś na pewno), świadomość zmieni się w znajomość. Ta zaś dzięki kulturze osobistej i empatii osiągnie swój maksymalny wymiar i być może zmieni się w przyjaźń.

Ileż zjawisk musi zajść by przyjaźń osiągnęła wymiar maksymalny, by relacja międzyludzka przeistoczyła się ze świadomości w miłość? Oczywiście dla tych ludzi milość nie jest wcale końcem rozwoju ich relacji. Jednak teraz możemy odejść od tematu. Miłość emocjonalna -> miłość fizyczna i…

Z… jest. Fasolka lub groszek, który stanie się mądrym starcem.

Odwieczne pytanie o arche, pierwszy początek.
Ateista za arche uzna energię/wibrację, teista powie, że przed wibracją była myśl.

Biblia nieco upraszcza sprawę ale to jest oczywiste, że nauka nie wyklucza religii ani też religia nauki.

Poza zasięgiem naszej wiedzy jest to czy istniała myśl a jeżeli tak to jak zmieniła się w wibrację. Są pewne teorie na temat tego jak wibracja wpłynęła na zaistnienie big bangu, czyli wielkiego wybuchu. Pfff, nie jestem fizykiem. Coś jebnęło, materia, antymateria, wszechświat, planety, warunki do życia, tlen, woda, bakteria, ryba, żaba, jaszczurka, myszka, kotek, małpka, policjant.

Jakiś określony system rozwoju rządzi Tobą, mną, wszystkimi bytami materialnymi, niematerialnymi (miłość, piękno, talent) i światem.

Kiedyś miałem normalny telefon komórkowy to mogłem dzwonić i smsy wysyłać, dziś robię zdjęcia, kręcę filmy, surfuję w sieci, oglądam tv, sprawdzam GPSy, wysylam EMSy, MMSy, MNMsy, SSmany. Pierdoły/głupoty a zasada rozwoju świata znajduje odzwierciedlenie w każdym jego elemencie.