Dżes. Jeżeli chcesz uchodzić za osobę inteligentną, posiadającą dobry gust, zmysł elegancji i “własny” styl to musisz iść na dżes. Idziesz więc na Jazz w lesie – jedną z najlepszych imprez jazzowych w Polsce, odbywającą się gdzieś w kaszubskich lasach. Niezależnie od tego, czy masz własną firmę czy zapierdalasz, liczy się to, że stać Cię na robienie wizerunku no i jest dżes. Czujesz się jak u siebie, bo jest tam mnóstwo podobnych Tobie ludzi, jesteś wśród swoich. Muzycy też są wśród swoich. Organizator, znany (i świetny), jazzowy pałkarz zawsze zaprosi swojego przyjaciela – gitarzystę, fenomenalny klawiszowiec z organami Hammonda też tam będzie. Nie ma się czego bać – będą tam na sto procent bo tutaj Śmietana ma zawsze 100%… ta muzyczna, no i oczywiście śmietanka biznesu też będzie. Muzycy zaproszą też jakiegoś wyjątkowego gościa z ich pokolenia, uznanego przez PSJ za wirtuoza… ale to już niespodzianka.
Inna sprawa, że za lasem jest Gdańsk. A co w Gdańsku? Nic. Nic, tylko młode, nu-jazzowe kapele. Mało znane ale czasami też bardzo znane – jak np Pink Freud. Freudów, Ścianki, Tymańskiego, Kobiet nie usłyszysz w lesie, bo to nie jest elitarny dżes. Jeżeli zależy Ci na elegancji to włączasz Johna Coltrane’a i świadczy to o tym, że masz zdrowy łeb. Słuchasz więc koltrejna, nawet jeżeli nie bardzo to do Ciebie przemawia. No czasami Roxy Mjuzik, też fajnie albo Diodowy sterowiec z dżimim stroną i schody do nieba, bo udowodniono, że ta solówa jest najlepsza.
Prawda jest taka, że aby być kimś musisz odrzucić własną osobowość, trzeba przyjąć pewien styl i choćby krawat był nie wiadomo jak ciasny – i tak go nosić, choćby Wojtek K. zagrał nie wiadomo jak porywający numer i tak musisz siedzieć sztywno, bo jednak chcesz być elitą.
Error. Perkusista chyba o nas zapomniał. W sumie to nie pamiętam kiedy go ostatnio widziałem. Bez niego ustaliliśmy mniej więcej jak ma wyglądać demo, zdobyliśmy pianina, fortepiany, instrumenty smyczkowe i powoli przygotowujemy się do pracy w studio. Bo niby można opracować dodatkowe partie, ale to nie takie proste. Jak już pałkarz raczy się pojawić to obecność perkusji może wymusić pewne zmiany. A my na dobrą sprawę nawet nie wiemy czy on żyje. Teraz zamiast pracować siedzimy i się wkurzamy, bo nie wiemy co zrobić. Przyjęcie nowego pałkarza oznacza stratę czasu na na przerabianie znanych nam już dobrze setów koncertowych, trzeba się będzie od nowa zgrywać i w ogóle. Pozostawienie dotychczasowego pałkarza oznacza ryzyko powtarzania się takich przestojów. Na ostatniej próbie graliśmy z obcym perkusistą, ale facet grał zupełnie coś innego niż powinien. Wkurza mnie to bo jest masa zespołów mających dobre pomysły, które nie mają możliwości by coś nagrać albo pograć w fajnych miejscach… my niby mamy takie możliwości ale jak to zrobić gdy jedno z nas ma kompletnie w dupie całą sprawę?
Gdyby Creamer był bardziej normalnym zespołem to nie miałbym tylu problemów, albo przynajmniej nie przejmowałbym się nimi do tego stopnia.
Nie dość tego, to jeszcze ktoś mi książkę Poe zawinął. Jak już udało się oderwać od filozofii to “g” z czytania wyszło. Szit.


Czy wiecie co to jest pet rock? Ja się dzisiaj dowiedziałem. Niejaki Gary Dahl, w latach 70-tych zarobił na tym miliony. Idea była prosta – domowy pupil, który nie sprawia problemów. Fajnie by było mieć zwierzątko, które jest ciche, nie trzeba go karmić, wyprowadzać na spacery itd. Na początku Dahl sprzedawał jako “pet rock” zwykłe szare kamienie. Z czasem doklejono im oczka, sprzedawano je w pudełeczkach wyposażonych w dziurki, żeby się pupil nie udusił. W 1975 Dahl miał firmę produkującą rock pets a stany zjednoczone opanowała mania.


Ostatnie komentarze