Gdy pracowałem w agencji reklamowej pana Jarka miałem przyjemność poznać Piotra – człowieka z pasją, świetnego fotografa. Chciałem napisać “… świetnego artystę”, ale są ludzie, którzy nie przepadają za tym określeniem.
Kiedyś zajmowałem się tworzeniem witryn www ale w momencie gdy dowiedziałem się o mojej chorobie jakoś przestało mnie to bawić. Straciłem zapał do informatyki ale zyskałem do filozofii.
Któregoś dnia Piotr poprosił mnie o pomoc w stworzeniu nowej strony internetowej. Od tamtego dnia intensywnie rozwijam znajomość PHP, MySQL i AJAX, rzeźbię też witrynę www.
Jeżeli ktoś czasem zagląda na stronę mojego zespołu to może kojarzyć, że Piotr Zatoń popełnił Creamerowi zdjęcia z koncertu w klubie Mechanik.
Zapraszam na budowaną właśnie przeze mnie stronę Piotra: www.pikphotography.pl oraz na blog fotografa: piotrzaton.blog.pl.
Witryna Piotra nie jest jeszcze ukończona ale gdy zrobię już wszystko co ma być to uzbroję ją też w ajax i będzie śmigać w przeglądarce jak Keith Jarrett na fortepianie.
Miało być Oceans fall down ale nie ma na YT, wobec tego klasyk…
Pół roku temu razem z Patrycją uczestniczyliśmy w organizacji wesela jej siostry – Justyny i Sylwka. Zaprojektowaliśmy i wykonaliśmy świetne zaproszenia – ze zdjęciem, spersonalizowane, ręcznie zdobione. Zrobiliśmy etykietki na alkohol. Gdybyśmy zainwestowali w sprzęt moglibyśmy stać się całkiem niezłą agencją reklamową
Na Justyny weselu pojawił się także Michał – nasz ówczesny perkusista i… zagraliśmy. Muszę przyznać, że Pati w specjalnej kreacji i fryzurze, z gitarą elektryczną, ustawiająca przester i shifter to jeden z najbardziej nietypowych obrazków muzycznych jakie widziałem. Michał i ja wyglądaliśmy jak każdy z tych buraków z kapel weselnych
Doszedłem do wniosku, że to całkiem łatwy sposób na zarobienie pieniędzy. Numery grane na weselach są proste jak konstrukcja cepa, z resztą i tak większość jedzie na uprzednio nagranym w studio playbacku. Cała noc wlewania w siebie wódy, dzielenie kasy i do domu – leczyć kaca. Oczywiście my nie wzięliśmy pieniędzy i graliśmy na żywo
A tak na poważnie to grania na weselach chyba nie da się lubić. jednak ta uroczystość ma swój specyficzny, polski klimat.
Na weselach często vomit, ja wam powiem moi mili – dobra metoda wypić rosół przed wszystkimi. Pot śmierdzi spod pach, na sali syf aż strach, tak bawią się ludzie o złotych zębach.
Śpiewał Kazik.
Może nie zawsze, może nie każdy ale generalnie jak się nie zeszmacisz to nie umiesz pić po naszemu. Nie, żeby na imprezie Justyny i Sylwka było jakoś specjalnie polsko, raczej nie ale generalnie mam taki właśnie obraz uroczystości weselnej.
Już za pół roku przyjdzie mi raz jeszcze zmierzyć się ze ślubem. Tym razem mój przyjaciel – Tomasz postanowią zawrzeć związek małżeński z Karoliną. Tym razem nie gram i nie robię zaproszeń. Tomek zatrudnił mnie jako fotografa. Aparaty i obiektywy już czekają.
Swoją drogą w miasteczku, z którego pochodzę tylko bogaci ludzie decydują się na ślub z weselem. Samo wesele to spory wydatek, który ponosi się tak na prawdę dla tego, że dwieście osób chce się schlać. Ceremonia ślubu kościelnego jest dostępna jedynie dla wybranych. Najpierw trzeba zapytać księdza o cenę. Odpowie: “co łaska, nie mniej niż 3000 złotych”, co oczywiście stanowi dopiero początek wydatków. Organista – drugie tyle. Jeszcze ciekawostka – w miasteczku jest kilka firm zajmujących się dekoracją ale tylko jedna kwiaciarka ma prawo dekorowania kościołów. Proboszcz nie pozwoli na to by młoda para skorzystała z usług innej firmy. Najzabawniejsze jest to, że z tych usług ciężko jest zrezygnować, gdyż nikt nikogo o nic nie pyta. Kościół po prostu będzie udekorowany i będzie udekorowany przez panią X a o cenę proszę spytać X.
Tu działa coś gorszego niż monopol. Jeżeli kogoś nie stać na to by wszystkich opłacić to ślubu kościelnego nie będzie i pewnym jest, że tym miasteczku jeżeli nie daliśmy zarobić księżom to możemy zapomnieć o ochrzczeniu dziecka.
Ale nikt się tym nie przejmuje. Ludzi z mojego pokolenia i tak nie stać na ślub z imprezą. Biorą wyłącznie ślub cywilny i na szczęście zawsze się znajdzie jakiś ksiądz, który zgodzi się udzielić dziecku sakramentu. Tylko niesmak zostaje. To takie małe bagienko.
Jack White – gitara/wokal (+ inne instrumenty)
Megan White – perkusja (+ wokal)
Każdy zna ten fantastyczny duet. Ich magiczny wizerunek i surowe brzmienie łączą się z wirtuozerią gitarzysty i powerem perkusistki. Białe Paski bardzo mi się podobają jako całość a styl gry Jack’a White’a jest dla mnie wzorem. Ich numery są ogólnie znane i trudno znaleźć na YouTube coś co byłoby nowe lub nietypowe. The White Stripes zrobili kiedyś cover piosenki Jolene z repertuaru Dolly Parton. Jack White porwał się na typowo kobiecy tekst. Koncertowa interpretacja tego numeru jest świetna.
Jack używa “zabytkowych” gitar Airline, swoją drogą świetnie te wiosła wyglądają.
The Ting Tings
Katie White – wokal/gitara (+ bas)
Jules De Martino – perkusja/wokal (+ gitara)
W maju 2008 ukazał się ich debiutancki album We Started Nothing, który szybko stał się najlepiej sprzedającym się na wyspach brytyjskich. Singiel promujący tę płytę – That’s Not My Name wskoczył na pierwsze miejsce najpopularniejszych singli. Śmiało wykorzystują elektronikę (jak chyba każdy duet we współczesnej muzyce rozrywkowej) i wcale tego nie ukrywają. Co jeszcze? Fajna laska ta Katie…
Blood Red Shoes
Laura-Mary Carter – gitara/wokal
Steven Ansell – perkusja
Spotkali się w 2005 roku. Nie kryją inspiracji muzyką pochodzącą z amerykańskiego “podziemia” (cóż to za podziemie co miliony plyt sprzedaje… ): Pixies, Sonic Youth, Nirvana. Niecałe pięć lat temu znalazłem ich na MySpace, przypinali sobie wtedy łatkę “grunge”.
Nie wspomniałem o kilku innych ważnych duetach, np. Dresden Dolls… bo zanadto się w inne grupy nie wsłuchiwałem.
Ale jaja. Od jakiegoś czasu mam przyjemność grać na piecyku basowym Rumble 60 firmy Fender. Wpis nie będzie opisywał sprzętu muzycznego.
Porównywałem dzisiaj opinie na temat tego sprzętu i jednej z moich gitar. Rozstrzał jest zaskakujący od ocen skrajnie złych po skrajnie dobre. Ja jestem z mojej gitary zadowolony, z pieca w sumie też.
Kiedyś pewien realizator podpiął mnie do dobrej jakości piecyka i wykręcił taką barwę, że mi kopara opadła. Wtedy zrozumiałem, że instrument albo jest skonstruowany dobrze albo źle. I to tyle. Jeżeli jest zbudowany dobrze to można dokonać cudów a jeżeli nie… to nie
Co do sprzętu muzycznego to raczej nie powinno się o nim czytać a raczej go słuchać… i subiektywnie wybierać. Ciekawe, że internauci potrafią zaciekle wykłócać się o coś co jest w zasadzie kwestią gustu. Bo czy ktoś zakochany w brzmieniach Led Zeppelin jest w stanie zrozumieć kogoś kto uwielbia Joy Division? Czasami może tak ale w większości przypadków pewnie nie bardzo. A internauci gdyby mogli – skakaliby sobie do oczu (bo ten sound jest zbyt metaliczny a inny zbyt piaskowaty).
Dzisiaj otrzymałem wiadomość od kogoś, kto ostatnio czytał mojego sweet blogaska. Wiadomość była raczej obszerna… Sporo czasu spędzam na nauce filozofii ale nie byłem w stanie zrozumieć tego co dzisiaj znalazło się na mojej skrzynce. Może dlatego, że był to “slang” raczej teologiczny niż filozoficzny. W sumie chodziło o to, że Wy, drodzy przyjaciele, którzy zaglądacie na mojego bloga i ja, który popełniam grzech zamieszczania na tej witrynie treści jesteśmy stadem, dziełem szatana i… Bóg to oceni.
Jeżeli istnieje to bez wątpienia oceni. Nas i owego jegomościa. Bo z tego co wiem to jednakowej ocenie podlegać mają wszyscy.
Jestem w dołku. Myślałem, że się ucieszę ale jest mi cholernie źle. Przez ostatnie tygodnie byłem wściekły na Michała, czekałem tylko na to, żebyśmy rozliczyli się z nim i pożegnali. Wczoraj to zrobiliśmy. mamy też dwóch kandydatów na jego miejsce. Jakoś dziwnie się w tym czuję.
Niby jest to jasne, że trzeba było podziękować Michałowi. Pałkarz, który co chwilę dochodzi do wniosku, że granie go nie interesuje nie jest nam potrzebny. Z drugiej jednak strony to co napisałem na stronie Creamera jest prawdą. M świetnie się sprawdzał jako kumpel, zawsze można na niego liczyć. Ten zespół stał się dla mnie ważny właśnie dlatego, że stworzyła się jakaś więź. Czułem się w tym towarzystwie dobrze. Ja w ogóle nie lubię grać na scenie ale nasze koncerty wychodziły jakoś dlatego, że z nikim nie dogaduję się tak dobrze jak z Patrycją a Michał to wspaniały kumpel. Wychodząc z nimi na scenę czułem się jakbym był małym dzieckiem, które w towarzystwie przyjaciół wchodzi do piaskownicy
Wczoraj po rozmowie z Michałem stały mi przed oczami wszystkie najdziwniejsze sceny. Pamietam jak odwiedzaliśmy go w szpitalu, po wypadku, jak zrywałem się z pracy i z Patrycją szukaliśmy cywilizacji na jakimś wypizdowiu bo trzeba było wesprzeć naszego pałkarza. pamiętam jak dawno temu na naszej próbie Michał wyśmiał “Pieska”, który przypieprzył się do mnie, stwierdzając, że nierówno gram. Nie wspominając o setkach drobiazgów.
Cały czas szukamy kogoś na jego miejsce. Przesłuchaliśmy sporo osób, prawie wszyscy byli nędzni. Teraz próbujemy się zgrać z dwoma kandydatami. Jeden z nich gra równie długo jak Michał ale jak na razie wydaje nam się, że gra bardzo słabo. Drugi zaś gra dużo dłużej niż M ale też raczej nie osiągnął jego poziomu. Ten drugi ma jeszczę taką ciekawą właściwość, że działa mi na nerwy.
Trzeba kogoś przyjąć, chociaż ja nie widzę na miejscu Michała żadnego z tych kolesi. Wiem, że coś poważnego stało się z moim zespołem. Sytuacja może i wróci do normy tylko… nie wiem. Chyba Kisu musiałby szybko nauczyć się grać na perce Jest jeszcze inna opcja i to nie jest nierealne…
Pół żartem rozmawialiśmy z Patrycją o tym, że możemy grać sami. P w sumie nieźle gra na perkusji a mi kiedyś udało się zagrać i zaśpiewać dwa kawałki The White Stripes (i ludzie nie uciekli) Swoją drogą ja też zawsze chciałem bębnić, przez jakiś czas nawet miałem perkusję. Może się w końcu nauczę i wyjdzie nam coś w stylu Blood Red Shoes?
Na razie jednak musimy mieć nowego pałkarza. Jak to powiedział pewien myśliciel ze stoczni: “nie chcem ale muszem”. Nie chcę ale muszę grać z ludźmi, których nie lubię i którzy są i tak gorsi od Michała.
-p
P.S.
Od wczoraj wracam też wspomnieniami do tego czego słuchałem cztery lata temu. Prosta, komercyjna estetyka, która wyrosła na fali popularności zespołów rockowych i metalowych…
W home.pl właśnie kończy się (ostatnie godziny) promocja na domeny. Jestem posiadaczem dwu domen… Nawet mój kotek sobie jedną zarejestrowała. Wszystko fajnie, pięknie, tylko konfiguracja idzie mi dosyć opornie
Dzisiaj w odmętach internetu znalazłem coś zupełnie fantastycznego. PDF, w pewnym sensie ebook, skan, kserokopii transkrypcji koncertu z Kolonii – Keitha Jarretta. Koln Concert to jedna z moich ukochanych płyt, coś zupełnie metafizycznego. Od kiedy poznałem to dzieło – marzyłem by przynajmniej spróbować zagrać fragmenty. Nie mam własnego fortepianu toteż i nie gram regularnie ale pociąga mnie naturalna ciekawość. Teraz nie muszę samodzielnie spisywać fragmentów – mam nuty, są dokładne, oficjalne. Osiemdziesiąt stron nut. Mam czym się bawić.
Wreszcie są perspektywy na nowego pałkarza Creamera. Mam nadzieję, ze tym razem to wypali.
Jakby ktoś potrzebował przejrzystej, kompletnej partytury z Kolonii – mogę podesłać albo dać link Jestem w trakcie pracy nad transkrypcją utworu Pub 700 w wersji z Between Us And The Light – mojego ulubionego pianisty. Nie wiem kiedy dokończę bo ostatnio w ogóle mam mało czasu. Może moje wnuki dokończą? Wątpię by im się chciało
Czasami próbuje to ustalić ale się nie da ;] Jak zwykle gdzieś coś przeczytałem i zacząłem o tym mysleć. No nie mam takiej. Przez większość zycia miewałem i to były różne tytuły. Nie wiem od czego się zaczęło, nie mam bladego pojęcia. Jest wysokie prawdopodobieństwo, że to Billie Jean albo Earth Song. Prawie na pewno Jackson.
Później biegało się ze szkoły do domu na Clipol (albo jakoś podobnie). Jednymi z pierwszych mogły być takie kawałki jak Piosenka młodych wioślarzy albo Baranek – Kultu. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że moim ulubionym kawałkiem Kultu jest “Jeśli zechcesz odejść odejdź”. W podobnym czasie długo numerem jeden był Smells Like Teen Spirit Nirvany. Była Republika i Mamona, Joy Division i She Lost Control. Ostatni raz miałem swój ulubiony kawałek w czasie gdy przeżywałem fascynację zespołem U2. Chodziło o Ground Beneath Her Feet. Obecnie… nie, nie mam. Aczkolwiek:
Skalpel – Theme From Behind The Courtain
Ścianka – Miasta i nieba oraz Białe wakacje a także znana tylko z koncertów i dostępna na ichniej stronie Faza.
Kobiety – Amnestia
Pink Freud – Porno Pogoda
Leszek Możdżer – Sortorello
Waglewski – Majty
Fisz – Kuchnia
Cujo – Popsicle
i masa innych… kandydatek do tej ulubionej.
Obecnie najczęściej odtwarzam Popsicle z płyty Cujo. Nie wiem, nie pamiętam czy kiedykolwiek jakiś kawałek tak wpychał we mnie pozytywną energię. Jest ułożony, przemyślany, wyrzeźbiony a jednocześnie dziki. Bardzo lubie też “Clean Up Before She Comes” ze względu na typowe dla Nirvany zamkniecie energii w bardzo prostej formie. Fajnie się to gra… jak jest pod ręką wiosło i piwo
I jeszcze jeden numer… gdyby tak spotkali się panowie… Wojtek Mazolewski – basista Pink Freud i Leszek Możdżer… chciałbym usłyszeć Virtual Insanity (Jamiroquai) w ich wykonaniu
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Fuzja hip-hopu i jazzu. Drobne niuanse w kilku utworach Kazika Staszewskiego są aluzjami do tego numeru, który chyba znają wszyscy…
Czym jest miłość? Problem ten spędza sen z powiek chemikom, biologom, psychologom, teologom i filozofom. Czy w ogóle jest coś takiego jak miłość? Czasami spotykam się z opiniami, wg których to co nazywamy miłością jest niczym innym jak krótkotrwałą fascynacją, stopniowo zmieniającą się w przyzwyczajenie. Wszelkie próby ujednolicenia zagadnienia miłości rozbijają się o różnorodność sposobów postrzegania, wynikającą z indywidualnych doświadczeń jednostki, która podjęła temat.
Miłość w pewien sposób istnieje i chyba każdy współczesny człowiek jej doświadcza. Aby niedoświadczać miłości człowiek musiałby, niemal od początku swego istnienia, być całkowicie odcięty od reszty społeczeństwa ponieważ tylko w ten sposób, w takich warunkach można zachować w miarę czysty (czy raczej pusty) umysł. Milość zaczyna funkcjonować w człowieku wtedy gdy człowiek ma jakieś jej wyobrażenie. Po obejrzeniu filmu miłość może funkcjonować w umyśle widza jako romantyczne, wyidealizowane uczucie. W niektórych przypadkach może być postrzegana wyłącznie jako cielesność lub być tożsama z pasją.
Czy jednak jest możliwe realne istnienie miłości, jako uczucia wyjątkowej wspólnoty z drugim człowiekiem? Czy nazwa takiego uczucia powinna być zarezerwowana dla rodzin albo par związanych seksualnością? Co więcej…? Może jest coś z prawdy w przedstawionej przez Platona opowieści Arystofanesa o tym, że ludzkość powstała z przecinania potężnych istot na pół. Może więc mityczna bliskość dusz potrafi być najsilniejszym uczuciem? Wreszcie, czy miłość jest silniejsza niż czas?
Postrzegam miłość jako uczucie wyjątkowe i pospolite zarazem. Wyjątkowe, bo wg mnie prawdziwa miłość jest silna i nieśmiertelna. Właśnie moc i trwałość wyróżnia ją z pośród innych uczuć. Miłość to uczucie a nie stan emocjonalny, jako uczucie może współistnieć ze stanami emocjonalnymi, mając z nimi wspólny przedmiot (i podmiot). Można być zafascynowanym kimś kogo się kocha, można na tego kogoś być wściekłym, można się nawet tej osoby bać. To, że miłość jest pospolita wynika z dużej ilości przedmiotów, które możemy darzyć miłością. Z tego też wynika problem polegający na myleniu miłości ze stanami emocjonalnymi takimi jak fascynacja, zaangażowanie czy podniecenie.
Ktoś, kto miłością nazywał związek zrodzony z działania hormonów, albo mając słomiany zapał jako miłość postrzegał przejściowe i pozornie tylko fascynujące pasje mógłby faktycznie dojść do wniosku, że miłość jest czymś przereklamowanym. Jak zatem rozpoznać miłość? Jak sprawdzić czy wybrany podmiot darzymy takim uczuciem? To wymaga czasu.
Jeżeli pojawi się pewność, iż pewien brak uczyni w naszym życiu wyjątkowa pustkę, jeżeli jesteśmy do kogoś lub czegoś przyzwyczajeni tak bardzo, że wobec braku nie umielibyśmy żyć to chyba można mówić o miłości. Można postawić sobie pytanie: “Co by było, gdyby nagle w moim życiu zabrakło…?”. Im bardziej dramatyczna lub przygnębiająca jest odpowiedź tym ta więź jest mocniejsza. Miłość jest więc wyjątkowo odporną na negatywne czynniki i niestarzejącą się więzią łączącą dwa byty, z których przynajmniej jeden jest istotą myślącą. To może się zacząć od fascynacji, może też trwać jako przyzwyczajenie, tak jak żywy organizm jest przyzwyczajony do oddychania.
Trochę mi się poukładało. Wczoraj miałem luźniejszy dzień i poświęciłem czas na odzyskiwanie danych z filmu wideo. Znalazłem płytę z trzema filmami z ostatniego koncertu Creamera. Materiał był zarejestrowany do bólu amatorsko, dodatkowo chcieliśmy zbudować jakiś dziwny klimat podczas występu i poprosiliśmy o wyłączenie większości oświetlenia w klubie.
W ogóle październikowy występ był dziwny. Nagłośnienie było żałosne. Organizator wygospodarował nam miejsce do granie obok baru i co chwile ktoś przeciskał się przez sprzęt (za moimi plecami), żeby dojść do toalety. Odsłuchu nie było w ogóle. Gdy przed koncertem sprawdzaliśmy akustykę to rozłożyłem ręce, byłem pewien, że koncert będzie na prawdę mierny.
Było inaczej. Nic nie brzmiało tak jak powinno ale też nikt się tym nie przejmował. Na początku było trochę sztywno, goście patrzyli na nas nieufnie i wyglądało to trochę tak, jakby siedzieli tam z grzeczności ale szybko załapali klimat. Było bardzo fajnie. Jeden z naszych kawałków, pt Dżi spodobał się ludziom i zagraliśmy go kilka razy. Sporą popularność zdobył sobie też bardzo szablonowy cover. Zagraliśmy piosenkę Zazdrość, zespołu Hey na riffie z Seven Nation Army (White Stripes). Hey często gra ten kawałek w taki sposób i połączenie tych utworów nie jest niczym odkrywczym ale spodobało się. W sumie koncert bardzo się przeciągną, przez powtarzanie Dżi i Zazdrości.
Wczoraj wrzuciłem na naszą stronkę jedno z odnalezionych nagrań – właśnie Dżi, zagrane trochę nie tak jak miało być i bez reakcji ludzi ale to dlatego, że była to wersja testowa z samego początku koncertu. I tak cieszę się, że udało mi się odzyskać chociaż kawałek obrazu z niemal całkowicie zaciemnionego nagrania. Znalazłem także i Zazdrość ale to się kompletnie nie nadaje do publikacji a to przez niejakiego Łysego – białostockiego koksa i niespełnionego muzyka punkowego, który w stanie permanentnego upojenia, przez pół koncertu usiłował się dobierać do mikrofonu i wyć. Fakt faktem, że po którymś jego wejściu, w Zazdrości – nasi dzielni odbiorcy wykopali go z lokalu. Niestety wszystkie nagrania zostały zarejestrowane na samym początku występu i Zazdrość jest oszpecona wstawkami wokalnymi Łysego. A szkoda, bo gdyby nie on mielibyśmy świetne nagranie koncertowe.
***
Pałkarza nadal brak. Dłubiemy w nowej demówce i samodzielnie sobie perkę nagramy. Tylko, że pojawiają się fajne możliwości koncertowe. Wcześniej odpadły nam juwenalia, teraz gdański finał WOŚP, koncert poświęcony Grzegorzowi Ciechowskiemu i koncert sylwestrowy… pomijając kilka fajnych, drobniejszych imprez. Już nam się nie chce tego liczyć.
***
Niedawno usłyszałem coś, co zdaje się być muzyczną perfekcją. Dave Matthews Band i ich utwór #41. Na YouTube są tylko jakieś uproszczone wersje, ja zasłuchuję się w wykonanie znajdujące się na płycie pt. Live At Mile High Music Festival. Powala. Jak komuś uda się to znaleźć – bardzo polecam. W sumie wisi na moim mailu, mogę przesłać, wystarczy zgłosić zapotrzebowanie (mail jest na stronie Creamera).
No i jeszcze koncertówka grupy Archive. Inny klimat, ale też mnie wciągnęło… przez szefową.
W Kartuzach leży śnieg, w trójmieście nie ma go w ogóle. Pozdrawiam
Dżes. Jeżeli chcesz uchodzić za osobę inteligentną, posiadającą dobry gust, zmysł elegancji i “własny” styl to musisz iść na dżes. Idziesz więc na Jazz w lesie – jedną z najlepszych imprez jazzowych w Polsce, odbywającą się gdzieś w kaszubskich lasach. Niezależnie od tego, czy masz własną firmę czy zapierdalasz, liczy się to, że stać Cię na robienie wizerunku no i jest dżes. Czujesz się jak u siebie, bo jest tam mnóstwo podobnych Tobie ludzi, jesteś wśród swoich. Muzycy też są wśród swoich. Organizator, znany (i świetny), jazzowy pałkarz zawsze zaprosi swojego przyjaciela – gitarzystę, fenomenalny klawiszowiec z organami Hammonda też tam będzie. Nie ma się czego bać – będą tam na sto procent bo tutaj Śmietana ma zawsze 100%… ta muzyczna, no i oczywiście śmietanka biznesu też będzie. Muzycy zaproszą też jakiegoś wyjątkowego gościa z ich pokolenia, uznanego przez PSJ za wirtuoza… ale to już niespodzianka.
Inna sprawa, że za lasem jest Gdańsk. A co w Gdańsku? Nic. Nic, tylko młode, nu-jazzowe kapele. Mało znane ale czasami też bardzo znane – jak np Pink Freud. Freudów, Ścianki, Tymańskiego, Kobiet nie usłyszysz w lesie, bo to nie jest elitarny dżes. Jeżeli zależy Ci na elegancji to włączasz Johna Coltrane’a i świadczy to o tym, że masz zdrowy łeb. Słuchasz więc koltrejna, nawet jeżeli nie bardzo to do Ciebie przemawia. No czasami Roxy Mjuzik, też fajnie albo Diodowy sterowiec z dżimim stroną i schody do nieba, bo udowodniono, że ta solówa jest najlepsza.
Prawda jest taka, że aby być kimś musisz odrzucić własną osobowość, trzeba przyjąć pewien styl i choćby krawat był nie wiadomo jak ciasny – i tak go nosić, choćby Wojtek K. zagrał nie wiadomo jak porywający numer i tak musisz siedzieć sztywno, bo jednak chcesz być elitą.
Error. Perkusista chyba o nas zapomniał. W sumie to nie pamiętam kiedy go ostatnio widziałem. Bez niego ustaliliśmy mniej więcej jak ma wyglądać demo, zdobyliśmy pianina, fortepiany, instrumenty smyczkowe i powoli przygotowujemy się do pracy w studio. Bo niby można opracować dodatkowe partie, ale to nie takie proste. Jak już pałkarz raczy się pojawić to obecność perkusji może wymusić pewne zmiany. A my na dobrą sprawę nawet nie wiemy czy on żyje. Teraz zamiast pracować siedzimy i się wkurzamy, bo nie wiemy co zrobić. Przyjęcie nowego pałkarza oznacza stratę czasu na na przerabianie znanych nam już dobrze setów koncertowych, trzeba się będzie od nowa zgrywać i w ogóle. Pozostawienie dotychczasowego pałkarza oznacza ryzyko powtarzania się takich przestojów. Na ostatniej próbie graliśmy z obcym perkusistą, ale facet grał zupełnie coś innego niż powinien. Wkurza mnie to bo jest masa zespołów mających dobre pomysły, które nie mają możliwości by coś nagrać albo pograć w fajnych miejscach… my niby mamy takie możliwości ale jak to zrobić gdy jedno z nas ma kompletnie w dupie całą sprawę?
Gdyby Creamer był bardziej normalnym zespołem to nie miałbym tylu problemów, albo przynajmniej nie przejmowałbym się nimi do tego stopnia.
Nie dość tego, to jeszcze ktoś mi książkę Poe zawinął. Jak już udało się oderwać od filozofii to “g” z czytania wyszło. Szit.
Ostatnie komentarze